Wiara w czasach zarazy

WIARA W CZASACH ZARAZY

Trzydzieści pięć lat ukazała się książka Gabriela Garcii Marqueza, noblisty (w czasach, kiedy literacka nagroda Nobla jeszcze znaczyła bardzo wiele), zatytułowana: „Miłość w czasach zarazy”. Piękna, wzruszająca powieść o miłości silniejszej od samotności, cierpienia, zdrady czy śmierci. Ale nie o popisy literackie czy wzbudzanie uczuć tym razem chodzi. Dziś bowiem należy mówić i pisać o wierze w czasach zarazy.

Czym jest wiara? Biblijna definicja jest zawarta w pierwszym zdaniu 11. rozdziału Listu do Hebrajczyków. Tam czytamy: „Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (Hbr 11,1). A my spodziewamy się, że pandemia niedługo minie, choć przeglądając statystyki tego nie widzimy. Wciąż słyszmy, że „koronawirus” wciąż się rozwija, atakuje i doprowadza do śmierci. Niesie on przerażenie, zasiewa niepewność, powoduje bezrobocie, odbiera spokój, burzy relacje międzyludzkie, niszczy gospodarkę, ogranicza wyjazdy. Bezsilni są wobec niego nawet stadionowi i halowi uzdrowiciele, którzy przecież jeszcze niedawno wykazywali się uzdrawiającą mocą nawet na odległość. „Koronawirus” odebrał nam nawet możliwość uczestnictwa w Eucharystii. Już mówi się, że w czasach „post-korona” nic nie będzie takie same. Nie będą takie same medycyna, ekonomia, gospodarka, turystyka, społeczeństwo. Wszystko się zmieni. A czy zmieni się człowiek, to znaczy czy my się zmienimy? Czy zmieni się nasza wiara? Oczywiście pytam o zmianę na lepsze, bo tylko taka zmiana ma sens.

Powszechnym środkiem prowadzącym do zmiany jest kara. Zakłady penitencjarne służą nie tylko wymierzeniu sprawiedliwości czy izolacji, ale także daniu możliwości zmiany postępowania temu, kto przekroczył normy obowiązujące w społeczeństwie. Podobnie przysłowiowy klaps, którego już nie tylko, że nie może zastosować, ale nawet o nim mówić. Czym prędzej więc kończę ten wątek.

Wspomniałem jednak karę rozmyślnie, ponieważ w jej duchu jest interpretowany „koronawirus”. I tu dochodzi do ciekawego dysonansu. Zdania przykładowo teologów, i to kończących te same renomowane uczelnie, są podzielone. Jedni zapewniają, że to na pewno nie jest kara. Inni natomiast, że nadeszła kara, po czym jest wymieniana litania grzechów, które ściągnęły pandemię. Co mają myśleć ludzie wierzący, którzy tych głosów słuchają?

Sprowadzenie „koronawirusa” do kary jest stosunkowo proste i można, używając cytatów z Biblii czy Katechizmu Kościoła Katolickiego, dość łatwo wytłumaczyć. Ale popatrzmy na ostatnie lata. Silne trzęsienie ziemi zniszczyło Cascię z jej sanktuarium św. Rity – miejsce, w którym spowiadało się tysiące Włochów. Żywioł ognia pochłonął dumę katolickiej Europy – Katedrę Notre-Dame w Paryżu, a także ogromne połacie Australii. Do Bazyliki św. Marka wdzierała się woda, niszcząc bezcenne dzieła sztuki. Wspomnę jeszcze o huraganach, którym zaczęto nadawać imiona jak ludziom ze względu na ich niszczycielską moc. Ziemia, ogień, woda, powietrze – to cztery elementy, które zgodnie z myślą greckich filozofów budują świat, ale to także niszczycielskie żywioły. Teraz nastało to, co dawniej nazywano morowym powietrzem. To dodajmy jeszcze do tego zarazy dziesiątkujące hodowle zwierząt oraz suszę niszczącą pola. Zestawiając to wszystko jakiż przejmujący i aktualny wymiar mają suplikacje: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie!”.

Czy żyjemy w dekadzie kary? Myślę, że nie ma odpowiedzi na tak postawione pytanie. Można jednak, ba! trzeba, popatrzeć na te wszystkie wstrząsające wydarzenia poprzez Pismo Święte, po prostu pomyśleć biblijnie. A to myślenie – dokonując pewnego uproszczenia – przebiega w ten sposób. Stan nieszczęścia dotykający cały naród (np. Izraela) lub pojedynczego człowieka (np. Ezechiasza) był wymownym zobrazowaniem wewnętrznego stanu tego, kogo ono dotknęło. Lud Wybrany został uprowadzony do niewoli, ponieważ wcześniej sam zaprząg się w niewolę bałwochwalstwa (2Krn 36,14-20). Kain musiał opuścić ziemię, na której zabił swojego brata, ponieważ i ona stała się martwa dla niego (Rdz 4,10-12). Ogień pożerający spadał na narody pogańskie za to, że oni wcześniej nie okazywali miłosierdzia, zabijając bezbronnych (Am 1,11-15). Autor Księgi Mądrości, znający ideę greckiej paidei (grec. paideuo – „wychowuję”, „ćwiczę”, „karzę”), wypowie tę prawdę wprost: „Upadających pomału poddajesz próbie. Upominasz, przypominając w czym grzeszą, aby usunąwszy zło, uwierzyli w Ciebie, Panie” (Mdr 12,2; por. też 11,16). Prorocy nauczali, że wszelka niedola, którą także stwarza Bóg jako Stwórca wszystkiego (Iz 45,7), ma być przyjęta jako Boże nawiedzenie. Bóg pokazuje wówczas stan ludzkiego serca po to, aby dać człowiekowi serce nowe i przywrócić do życia (Ez 36–37).

Może więc warto popatrzeć na te wszystkie katastrofy, z pandemią włącznie, w tym właśnie duchu? Grzech jak wirus zaraził wszystko na świecie i spokojnie się rozwija, także we wspólnocie Kościoła. Niesie infekcję, która niszczy dobro, uśmierca prawdą, plugawi piękno, wypacza wiarę, wyśmiewa nadzieję, wynaturza miłość. Może właśnie „koronawirus”, zbierający śmiercionośne pokłosie na niespotykaną dotąd skalę, jest dla nas lustrem danym przez Boga, abyśmy umieli w końcu dostrzec swoje prawdziwe oblicze? Może to już jedyny (ostateczny?) sposób, abyśmy poznali prawdę o sobie, swoim sercu? Kto wie?

W tym miejscu odwołam się do „Dżumy” Alberta Camus (dla mnie pierwszej książce po Biblii; przeczytałem ją ponownie w minionych dniach). Po zamknięciu bram Oranu, gdy dżuma uśmiercała setki ludzi, to „nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę”. Każdy myślał, że jego zaraza nie dotknie, a więc w objętym kwarantanną mieście dalej można robić swoje. Parabola, którą przedstawia Camus, jest w tym przypadku prosta do zaaplikowania. Przyjmując, że pandemia jest faktycznie zwierciadłem dzisiejszego zainfekowanego nieprawością człowieka, łatwo jest sobie wytłumaczyć, że mnie to nie dotyczy i wskazywać na grzeszne życie innych, robiąc dalej swoje. Nic bardziej błędnego! Trzeba właśnie tak spojrzeć na siebie – ile jest we mnie wirusa pychy, ognia pożądliwości, huraganów wywołujących konflikty, kłamstwa sprawiającego, że życie drugiego człowieka wali się w gruzach jak po trzęsieniu ziemi, czy suszy w czynieniu miłosierdzia?

Protagoniści „Dżumy” chcą zostać świętymi bez Boga. Dlatego muszą zmagać się z cierpieniem, które jest – przyznają – absurdem, co jednak „nie przeszkadza mu trwać”. Dla nas, ludzi wierzących, światowe cierpienie powinno nabrać innego wymiaru. Wiara, zgodnie z biblijną definicją przywołaną na początku tego rozważania, pozwala nam dostrzec i przyjąć to, co niewidoczne dla oczu – miłosierdzie Boga, który chce dać nam nowe serce i nowego ducha, usuwając to, co w nas zainfekowane złem. Taka jest wiara w czasach zarazy...

ks. Mariusz Szmajdziński